IV Niedziela Wielkiego Postu
Ks. Kazimierz Wojciechowski
Urodził się 16 sierpnia 1904 roku w Jaśle.
Jego młodość była naznaczona cierpieniem: brat Jan zginął nieszczęśliwie podczas zabawy, siostra Maria zmarła na szkarlatynę, a gdy Kazimierz miał 5 lat, odszedł także jego ojciec. Dzięki staraniom matki trafił do szkoły salezjańskiej im. Lubomirskich w Krakowie (dziś budynek Akademii Ekonomicznej) – miał on wówczas 8 lat, a następnie, gdy ma 12 lat trafił do szkoły salezjańskiej w Oświęcimiu, gdzie odnalazł swoje powołanie.
Po ukończeniu czwartej klasy gimnazjum wstąpił do nowicjatu salezjańskiego i rzetelnie zabrał się do pracy nad uszlachetnieniem swojego charakteru, pomny na słowa matki: życzę ci synu byś został dobrym, świętym kapłanem – salezjaninem. Po złożeniu pierwszej profesji zakonnej odbył studia filozoficzne w Krakowie, a następnie praktykę pedagogiczną w Małym Seminarium w Lądzie nad Wartą.
Uczył tam matematyki, śpiewu, muzyki i towarzyszył chłopcom, będąc duszą rekreacji. Ponadto uczył gry na różnych instrumentach muzycznych. Jeden z ówczesnych członków orkiestry w Lądzie tak go wspomina: Ksiądz Kazimierz umiał zachęcać do grania, czy to przy pomocy cukierków, czy pokazując nowy instrument dla naszego zespołu. A gdy brakowało kogoś z nas, sam brał dowolny instrument i grał brakującą partię… zorganizował także piękny chór. Po ukończeniu studiów teologicznych 19 maja 1935 r. przyjął święcenia kapłańskie w Krakowie.
Po święceniach pracował jako nauczyciel w Małym Seminarium w Daszawie. Po roku wrócił do Krakowa jako nauczyciel religii w dębnickich szkołach powszechnych. Tak opisywały jego pracę władze szkolne: „Ksiądz Kazimierz Wojciechowski prowadzi lekcje religii w naszej szkole. Umie młodzież na lekcjach zainteresować i ożywić. Wszędzie budzi szczerą radość. Młodzieżą zajmuje się i poza szkołą. Jest przez nią lubiany i ma posłuch wśród młodzieży”.
W czasie wrześniowych operacji wojskowych pozostał w Krakowie i spieszył z gorliwą pomocą uciekinierom i potrzebującym.
23 maja 1941 r. został aresztowany w Krakowie wraz z innymi współbraćmi salezjanami. Wracając do domu salezjańskiego został wówczas ostrzeżony przez parafian, że na plebanii trwa aresztowanie salezjanów - zdecydował się jednak tam wrócić, argumentując: „jeśli przyszli po mnie i mieliby zabrać któregoś z moich współbraci zamiast mnie? Ja muszę tam iść”. Był to świadomy akt wzięcia odpowiedzialności za wspólnotę, zakorzeniony w salezjańskim powołaniu. Po miesiącu więzienia w Montelupich trafił do Auschwitz. Tam w obozie grupa karna, do której był przydzielony - została skierowana do ciężkiej pracy w kamieniołomie. Warunki były nieludzkie: głód, bicie, bąble na dłoniach, upał i pragnienie. Jeden z więźniów obozu daje takie świadectwo:
“Po pewnym czasie bardzo cierpiący ks. Kazimierz zwrócił się do blokowego z prośbą o lżejszą pracę. Owszem, zaraz ją dostaniesz, tylko dowieź tę taczkę do dołu, biegiem! I kijem uderzył go parę razy po plecach, wrzeszcząc: Ty leniu, oszuście, nie chce ci się pracować? Zbliżała się godzina 14.00. Dzień był upalny. Gorączka i pragnienie trawiło biednych więźniów. Wreszcie kapo i blokowy, na szyi konającego kapłana, położyli ciężką belkę i śmiejąc się, przygadywali: Tak, ogłupiać ludzi umiecie... Pracować ci się nie chce. Twierdzicie, że jest Bóg. Pokaż mi Go, chce Go widzieć!... Bogiem jestem ja! Ja teraz jestem panem twojego życia! To naigrawanie trwało jeszcze jakąś chwilę. Po czym kapo zdjął mu okulary i styliskiem od łopaty bił go po twarzy, wybijając mu wszystkie zęby, a następnie oprawcy, kapo i blokowy, stanęli na belce narzuconej na szyję i swym ciężarem dopełnili krwawego dzieła”.
To co w tej historii uderza, to kontrast miedzy jego życiem pełnym radości i pasji, a okrucieństwem, które go spotkało. Potrafił rozładować napięcie żartem, a jednocześnie wskazać drogę. To właśnie ta radość posługi jest jednym z wymiarów wiary ożywionej. Całe jego życie było poświęcone młodym: nauczaniu, muzyce, sportowi. To właśnie ta codzienna troska o młodzież uczyniła go bliskim wielu sercom i to ona stała się jednym z powodów, dla których jego obecność była tak znacząca dla wspólnoty. Jego wierność wyrażała się w małych, serdecznych gestach: przyjść na zajęcia, uśmiechnąć się na boisku, poświęcić czas uczniowi, który potrzebuje zachęty. W obliczu przemocy jego postawa pozostała znakiem nawet wtedy, gdy ciało było łamane. Świadkowie podkreślali, że nawet w obliczu śmierci potrafił zachować wiarę do końca.
5 niezwykłych faktów z życia ks. Kazimierza Wojciechowskiego:
1. Był nauczycielem muzyki i matematyki.
2. Kochał sport i młodzież, budując z nimi serdeczne relacje.
3. Świadomie wrócił na plebanię, ryzykując życie.
4. W Auschwitz pracował w kamieniołomie w grupie karnej.
5. Zmarł po brutalnym pobiciu, zachowując wiarę do końca.
To historia człowieka, który nie tylko uczył młodych, jak żyć – ale pokazał, jak umierać z godnością.
Boże, Ojcze miłosierny, dziękujemy Ci za świadectwo wiary i wierności Twoich sług: ks. Kazimierza i Towarzyszy, salezjanów, wychowawców i męczenników, którzy w godzinie próby oddali życie za Chrystusa i braci. Za ich wstawiennictwem umacniaj nas w wierze, dodawaj odwagi w codziennych wyborach dobra i ucz nas miłości, która zwycięża lęk i śmierć. Spraw, aby ich przykład prowadził nas codzienną drogą Ewangelii ku pełni życia w Tobie. Przez Chrystusa, Pana naszego. Amen.