| MISERICORDIA.newsletter   » zapisz się |  

PL | EN | DE | FR | IT | ES | PT | RU   translate by  GoogleTranslate

Jezu Najdroższy dziękuję Ci

Zawierzenie siebie i mojej rodziny Bożemu Miłosierdziu było najlepszym co mogłam zrobić – wspomina Elżbieta Krzyżanowska z Warszawy.

Doskonale pamiętam wydarzenia, o których chcę opowiedzieć. Minęło 24 lata, a dla mnie wszystko dzieje się jakby teraz. Był rok 2002. Do Polski miał przyjechać papież Jan Paweł II, mój Papież. Wszyscy widzieliśmy jak powoli gaśnie. Razem z siostrą uczestniczyłyśmy we wszystkich pielgrzymkach Papieża do Ojczyzny. Postanowiłyśmy wziąć udział i w tej pielgrzymce. Na trzy tygodnie przed przylotem Ojca Świętego spadłam z drabiny i mocno się poobijałam. Byłam unieruchomiona, a wyjazd do Krakowa został wykluczony. Lekarz od razu mówił, że mam wybić sobie z głowy podróż i to pociągiem. Mimo że diagnoza była trudna do przyjęcia, to nie traciłam wiary, że pojadę na spotkanie z Ojcem Świętym. Z każdym dniem ból stawał się coraz bardziej uciążliwy, ale ofiarowałam go w intencji dusz w czyśćcu cierpiących, a Pana Boga wręcz błagałam, aby pozwolił mi pojechać. Czułam przynaglenie, że muszę tam być.

Wymodlona poprawa

Zaczęłam odprawiać Nowennę do Najdroższej Krwi Jezusa. Wszyscy zwątpili, że gdziekolwiek pojadę. Nawet mój mąż, który jest osobą wielkiej wiary. Ja jednak nie ustawałam w modlitwie. Czułam, że się uda i udało się. Pan Bóg może wszystko i wysłuchał mego błagania. Mój stan na tyle się poprawił, że lekarz dał zielone światło. Podczas wizyty sam się zaśmiał, że wymodliłam sobie tak znaczną poprawę zdrowia. Do Krakowa zawiózł nas znajomy mojego syna, który akurat jechał z narzeczoną w Tatry.

Owoce zawierzenia

Możliwość uczestniczenia w modlitwie ze św. Janem Pawłem II i tysiącami ludzi z całej Polski i ze świata było czymś niezapomnianym i wspaniałym. Stałyśmy z siostrą w tłumie obcych nam ludzi, ale czułyśmy jedność. Mój organizm, pomimo obciążenia długim staniem, dawał radę. Po powrocie choć byłyśmy obie bardzo zmęczone, to przeszczęśliwe. Byłyśmy w Łagiewnikach na zawierzeniu świata Bożemu Miłosierdziu. Tamtego dnia zawierzyłam siebie, moją rodzinę i znajomych Bożemu Miłosierdziu. Wiem, że to było najlepsze co mogłam zrobić. Widzę jak przez te 24 lata Pan Bóg miłosierny działa w naszym życiu.

Oto wycinek…

Razem z mężem bardzo przeżywaliśmy, że nasze dzieci żyją daleko poza Kościołem. Córka nie miała ślubu, nie ochrzciła naszej wnuczki, zięć reagował agresywnie na każde wspomnienie o sakramentach. Z kolei syn miał swoje towarzystwo i Kościół nie był mu do niczego potrzebny. Mówił, że sam sobie jest bogiem. My z mężem codziennie odmawialiśmy Koronkę do Miłosierdzia Bożego za nich i różaniec święty. Czasem efektów nie było widać i można było zwątpić czy to ma sens. Jednak dziś wiem, że cuda działy się każdego dnia, ale po cichu.

W Boże Narodzenie 2011 roku córka z zięciem oświadczyli nam, że chcą zawrzeć sakrament małżeństwa i ochrzcić dziecko. Uroczystość miała miejsce w Wielkanoc 2012 roku. Dziesięć lat od zawierzenia rodziny Bożemu Miłosierdziu! Cztery lata później nasz syn w Niedzielę Bożego Miłosierdzia powiedział, że rozważa wstąpienie do seminarium.

Widziałam, że jego serce kruszeje, ale taka wiadomość była ogromnym zaskoczeniem. Dziś jest kapłanem, ma prawdziwy dar głoszenia Słowa Bożego, za co Panu Bogu dziękuję. Wiem, że pomimo, iż trudności i bolesne chwile nas nie omijają, to wytrwałość i zaufanie miłosiernemu Panu Bogu jest kluczem.

Jezu Najdroższy dziękuję Ci, że tyle darów od Ciebie otrzymaliśmy i że mogę podzielić się tym świadectwem. Bogu niech będzie chwała na wieki!

Elżbieta Krzyżanowska z Warszawy