Zaczęłam powtarzać „Jezu, ufam Tobie. Ratuj!”. Z perspektywy czasu wiem, że mnie uratował, dał siłę i postawił na drodze ludzi, którzy mi pomogli – wspomina Marta Dąbrowska z Lubelszczyzny.
Historia, którą chcę opowiedzieć wydarzyła się 10 lat temu. Byłam już wtedy dorosłą kobietą z bagażem doświadczeń. Na swoim koncie miałam trudne małżeństwo niesakramentalne, które zakończyło się rozwodem. Nie mieliśmy ślubu kościelnego, bo mąż był osobą niewierzącą, a do tego był alkoholikiem. W naszym domu były ciągłe awantury, dochodziło do przemocy psychicznej. Potem mąż wyjechał pracować do Wielkiej Brytanii, gdzie poznał jakąś kobietę i miał z nią dziecko.
Zniszczona przez lata życia z alkoholikiem-tyranem, po rozwodzie zamieszkałam z mamą. Ona była już bardzo schorowana i z każdym miesiącem potrzebowała coraz większej opieki. Mama zawsze była bardzo wymagająca i nawet w trakcie choroby nie odpuszczała. Pracowałam zawodowo ile mogłam, aby nas utrzymać. W domu pojawiały się coraz to nowsze obowiązki, z którymi zostałam kompletnie sama. Czasem odwiedzała nas moja siostra, ale ona mieszka kilkaset kilometrów dalej i nie mogła bywać częściej z uwagi na małe dzieci.
Stan mamy się pogarszał, mi było coraz trudniej. Zaczęłam odczuwać dziwne lęki, popadłam w depresję i nie radziłam sobie z życiem. Pewnej nocy mamę zabrało pogotowie. Kiedy w szpitalu czekałam na wiadomości od lekarza, poszłam do kaplicy. Usiadłam w ławce, rozpłakałam się i powiedziałam do Pana Boga „zabierz mnie, nie mam siły już żyć” i zasnęłam z wycieńczenia. Nie pamiętam ile spałam, ale wychodząc z kaplicy zobaczyłam w rogu obraz Pana Jezusa Miłosiernego. Stanęłam i patrzyłam Mu prosto w oczy. Poczułam jakby mnie ktoś obejmował i przytulał, dlatego znowu się rozpłakałam i powiedziałam „Jezu, ufam Tobie. Ratuj, nie daję rady”.
Mama zmarła dwa dni później. Kilka dni po pogrzebie siedziałam sama w mieszkaniu i wsłuchiwałam się w dźwięki docierające przez okno. Zamknęłam oczy i przypomniała mi się sytuacja z kaplicy. Zaczęłam powtarzać „Jezu, ufam Tobie. Ratuj!”. Z perspektywy czasu wiem, że mnie uratował, dał siłę i postawił na drodze ludzi, którzy mi pomogli. Dzięki wierze w Jego miłość, dobrej terapii zostałam wyleczona z depresji i traum.
Stałam się odważniejsza i zaczęłam odnajdywać pasje. Zaangażowałam się też w życie naszej parafii i tak pojechałam na pielgrzymkę do Sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Krakowie-Łagiewnikach. Autokar prowadził bardzo sympatyczny pan Jan. Zwróciliśmy na siebie uwagę od początku podróży. Jan zagadał do mnie podczas przerwy na kawę. Po czterech latach znajomości przyjęliśmy sakrament małżeństwa. Co ciekawe... okazało się, że podczas tej pierwszej pielgrzymki, modląc się przy obrazie Pana Jezusa Miłosiernego, oboje zawierzyliśmy Mu naszą rozpoczynającą się znajomość. Mamy swoją coroczną tradycję pielgrzymowania do Łagiewnik, aby dziękować za nasze małżeństwo.
Marta Dąbrowska z Lubelszczyzny