Koronka do Miłosierdzia Bożego od dziecka kojarzyła mi się z moim dziadkiem. Był rolnikiem, więc prawie całe swoje życie spędzał na polu albo pracując w gospodarstwie. Dziadek szczególną więź miał z modlitwą Koronką do Miłosierdzia Bożego.
Podczas codziennych prac odmawiał Koronkę za Koronką. Mówił, że prace idą lżej i nie czuje zmęczenia. To on jej nauczył swoje wnuki, w tym mnie.
Kiedy wyszłam za mąż, kilka lat staraliśmy się o dziecko. W tym czasie oczekiwania mój dziadek, już wtedy wiekowy i schorowany, ciągle powtarzał, żebyśmy codziennie odmawiali Koronkę, bo wtedy ten czas oczekiwania będzie łatwiejszy. Miał rację. Po trzech latach udało się. To była ogromna radość. Jednak nie trwała długo. Pod koniec ciąży lekarz stwierdził, że nasz syn będzie niepełnosprawny i umrze zaraz po narodzinach. Przestraszyliśmy się i mocno z mężem to przeżyliśmy.
To był początek lat 80. Kiedy z płaczem opowiedziałam dziadkowi o diagnozie lekarskiej, odpowiedział spokojnym tonem „dziecko moje otrzyj łzy i zaufaj Panu Bogu” i przytulił mnie mocno. Poczułam spokój. Od tamtej rozmowy obiecałam sobie, że do końca ciąży będę odmawiała Koronkę. Nasz syn urodził się zdrowy i żyje do dzisiaj.
Od tamtych wydarzeń minęło ponad 40 lat. My z mężem doczekaliśmy się pięciorga dzieci i mamy już czworo wnucząt. Moje odmawianie Koronki nie skończyło się wraz z pierwszym porodem. Trwa do dzisiaj.
Z czasem zrozumiałam dziadka Franciszka, że kiedy w ciągu dnia towarzyszy nam modlitwa, wszystko staje się lżejsze. Pan Jezus jest z nami w radościach i wspiera w trudnościach, a życie oddajemy w ręce miłosiernego Pana Boga.
Anna Stefańska