Mój mąż z czasem całkowicie przestał chodzić do kościoła i złością reagował na samo wspomnienie o księżach, Kościele, uroczystościach kościelnych. Najgorzej było dwa lata przed jego śmiercią. Choroba i trud poruszania się coraz mocniej zapętlały go w zgryzocie i odsuwały od Boga i ludzi. Był nieprzyjemny, uszczypliwy i obwiniał cały świat za swój stan. Za ścianą mieszka Bożena. To osoba samotna. Nigdy się nie użala nad sobą, nie narzeka, nie skarży. To jedna z najbardziej pogodnych i radosnych osób jakie znam. Jej mąż zmarł bardzo szybko, gdy ich córka miała zaledwie 3 lata. Dziewczyna wyrosła, miała swoje życie i mieszkała daleko poza Polską. Bożena dużo się modli, codziennie uczestniczy we Mszy św. i tak naturalnie przychodzi jej mówienie o Panu Bogu. Często razem w niedzielę i czasem w tygodniu chodzimy na Eucharystię. W czasie choroby męża zapewniała, że i za niego się modli. Wiedziała jaka jest sytuacja i że mąż nie chce katolickiego pogrzebu.
Pewnego wiosennego piątku Bożena zaczepiła nas na balkonie. Chwilę porozmawialiśmy, ale mój mąż jej nie lubił, bo „kościółkowa" i rozmodlona za bardzo. Tamtego dnia rzucił też kilka uszczypliwości w jej stronę. Ona jakby tego nie słyszała. Była taka pogodna i radosna. Naszą pogawędkę skończyliśmy, bo zbliżała się Godzina Miłosierdzia i sąsiadka zakomunikowała, że idzie odmówić Koronkę. Na odchodne rzuciła do męża „Wojtku, Pan Jezus cię kocha. To ci wystarczy", uśmiechnęła się i poszła. Mąż oczywiście rozwścieczył się i wróciliśmy do mieszkania. Kilka dni później sytuacja się powtórzyła. Znowu spotkaliśmy się na balkonie. Mąż zaczepił Bożenę sam słowami „Jezus mnie kocha". Aż mnie sparaliżowało, a ona odpowiedziała „żebyś ty wiedział jak bardzo, to pękłoby ci serce". Po tych dwóch sytuacjach mąż często mówił „Jezus mnie kocha. To mi wystarczy". Początkowo było to takie złośliwe, ironiczne. Nie mam wątpliwości, że Pan Jezus w tym czasie przemieniał jego serce i przygotowywał do ich spotkania w Domu Ojca.
Pół roku później mąż trafił do szpitala. Stan się znacznie pogorszył. Był w pełni świadomy, ale choroba pustoszyła jego organizm. Bardzo wspierała mnie w tym czasie Bożena, także modlitwą. To ona zachęciła mnie, abym odmawiała Koronkę do Miłosierdzia Bożego, oddając cierpienie męża Panu Jezusowi. I tak robiłam. Mamy dwoje dorosłych dzieci. One nigdy blisko Kościoła nie były. Któregoś razu w szpitalu przy łóżku męża odmawiałam Koronkę. Był ze mną nasz nastoletni wnuczek. Wydawało mi się, że był zajęty swoimi sprawami i nie zwraca uwagi na moją modlitwę. Było całkowicie inaczej. Po powrocie do domu powiedział rodzicom, że potrzebuje różańca, żeby mógł odmawiać Koronkę za dziadka. I zaczął ją codziennie odmawiać.
Potem wszystko potoczyło się bardzo szybko. Koronkę odmawiał on, jego rodzice a także nasz drugi syn z żoną. W międzyczasie całą piątką pojechali do Krakowa do Sanktuarium Bożego Miłosierdzia, gdzie modlili się za naszą rodzinę. Modlitwa płynęła, mąż słabł i nie chciał nawet słyszeć o spowiedzi świętej. W szpitalu przychodził do niego ksiądz kapelan, ale mąż zawsze ze złością reagował. Pewnego dnia przyszedł jakiś inny ksiądz, a mąż kazał mu zostać, bo chciał mu powiedzieć jak bardzo nienawidzi Kościoła. Kiedy chciałam ich zostawić samych, to mąż mi kategorycznie zabronił. Jego antykościelny wywód trwał kilka minut. Ksiądz w ciszy słuchał a mi było wstyd. Mąż zakończył słowami „Jezus mnie kocha. To mi wystarczy" i rozpłakał się jak dziecko. Nigdy nie widziałam go w takim stanie. Zostawiłam ich samych. Mąż wyspowiadał się, potem przyjął Pana Jezusa. Niespełna dwa tygodnie później odszedł. Zmarł w środę, chwilę po godzinie 15. Miał katolicki pogrzeb, jak sam sobie tego życzył. A pogrzeb odbył się w pierwszy piątek miesiąca. Pan Jezus przemienił serce męża i całą naszą rodzinę. Za tak wielką miłość jaką nam dał, za ogromne miłosierdzie dla nas niech Mu będą dzięki.
Joanna z Poznania