| MISERICORDIA.newsletter   » zapisz się |  

PL | EN | DE | FR | IT | ES | PT | RU   translate by  GoogleTranslate

Świadectwo wyzdrowienia dziecka

Był wrzesień 1996 roku, gdy podczas rutynowego badania 10-letniej córki poprosiłam Panią doktor o skierowanie na badanie krwi. Wynik był porażający. Dzięki pomocy, dziś już nieżyjącej lekarki, Ewusia błyskawicznie trafiła do szpitala Krakowie-Prokocimiu na oddział Hematologiczny. Diagnoza – ostra białaczka limfoblastyczna typu common.

Świat mi się zawalił. W domu miałam jeszcze pięcioletnie córki bliźniaczki. Z Ewą już po czterech dniach było bardzo źle. W szpitalu wysypała się ospa wietrzna i właściwie nie było dla niej ratunku – chemii nie można było podać, bo to by ją zabiło, a nie podanie chemii było błędem w sztuce. Nie mogła być, mimo wskazania, leczona na intensywnej terapii, bo była chora na ospę i zagrażała innym dzieciom. Na oddział zakaźny do innego szpitala nie mogła być przewieziona, gdyż – jak wyraziła się Pani ordynator – umrze w karetce.

Rozpoczęła się walka o życie. Na oddziale hematologicznym utworzono izolatkę i prowizoryczny OIOM, przywieziono potrzebną aparaturę, a mnie zamknięto razem z dzieckiem jako całodobową opiekunkę. Z dnia na dzień było coraz gorzej, nikt już nie wierzył, że dziecko przeżyje.

Lekarze w ciszy i ze skupieniem przewijali się przez salę, a towarzyszący im studenci ze strachem i wspólczuciem ukradkiem na mnie zerkali. Ja żyłam jak zahipnotyzowana, jak automat robiłam wszystko co trzeba. Byłam z córką przez 24 godziny na dobę. Przychodził też ksiądz – kapelan, który trzy razy udzielał córce Sakramentu Namaszczenia Chorych i razem ze mną odmawiał Koronkę do Miłosierdzia Bożego.

Co drugą noc wymieniał mnie mąż. Gdy właściwie nie było już żadnych szans na przeżycie Ewusi, trafiłam do Łagiewnik. Byłam tam pierwszy raz w życiu. Pamiętam jak przez mgłę (a właściwie przez łzy), że było dużo ludzi – ja klęczałam przed słynącym łaskami obrazem i modliłam się właściwie jednym, powtarzanym zdaniem – „Jezu, ufam Tobie", bo przecież nic innego mi nie pozostało. Przez łzy wpatrywałam się w obraz Pana Jezusa. Może to łzy, może moja wyobraźnia. ale wydawało mi się, że sam Pan Jezus na mnie patrzy.

Na drugi dzień rano Pani doktor zrobiła kolejne badanie szpiku kostnego, gdyż właściwie białaczki nie leczono, tylko ratowano życie córki. Ewa była zaintubowana, prawie nieprzytomna, bo podawano jej przeciwbólowo co trzy godziny morfinę, miała założoną sondę do żołądka, cewnik i rurkę operacyjnie założoną pod łopatkę. Lewe płuco pękło i „spadło" w wyniku śródmiąższowego zapalenia i trzeba go było odbarczyć, bo zrobiły się odmy.

Pani doktor pobrała szpik kostny do badania z talerza biodrowego i za kilka godzin wróciła z wiadomością: „Mamo – nie ma choroby". Tych słów nigdy nie zapomnę. Poprosiłam o wyjaśnienie, bo było to dla mnie nieprawdopodobne. W badaniu cytologicznym nie znaleziono żadnej komórki rakowej, podczas gdy przy przyjęciu 96% szpiku to były „blasty", czyli komórki rakowe. Szpik byt pusty, nie byto w nim żadnych krwinek ani dobrych ani złych. Zaczekaliśmy do następnego dnia, co odrośnie. Kolejne badanie szpiku i kolejna cudowna wiadomość – odrosły zdrowe leukocyty i prawidłowe pozostałe składniki krwi. Razem z mężem pytaliśmy czy takie przypadki się zdarzają, żeby bez chemii chory uzyskał remisję. Pani doktor powiedziała, że czasami się zdarzają, zwłaszcza dawno temu gdy nie znano jeszcze sposobów leczenia białaczki przy pomocy chemii. Gdy pacjent zachorował na raka, a dodatkowo np. na tyfus, organizm walczył z tyfusem, to niejako „przy okazji" zwalczył też raka. Ja jednak w głębi duszy wiedziałam swoje. Moja modlitwa przed obrazem Jezusa Miłosiernego nieprzypadkowo (choć wówczas nie zdawałam sobie z tego sprawy) była 7 października, w Święto Matki Bożej Różańcowej. Wielu bliskich nam ludzi właśnie podczas różańca modliło się w intencji Ewy.

Po uzyskaniu remisji stan zdrowia córki powoli zaczął się poprawiać, opuściła izolatkę, leżała na sali z innymi dziećmi. Pod koniec października zaczęto podawać chemię i dopiero wtedy rozpoczęło się całe ponad czteroletnie leczenie.

Ewa wyszła za mąż i ma córeczkę – moja imienniczkę. A ja każdego roku od lat, 7 października, nawiedzam Sanktuarium w Łagiewnikach. Jako dowód cudownego – moim zdaniem – wyzdrowienia mojej córki załączam wypis ze szpitala po zakończeniu leczenia, w którym wyraźnie napisano, że „uzyskała remisję w przebiegu ospy wietrznej – bez chemii".